Paweł nigdy nikomu nie opowiedział, co dokładnie zobaczył tego mglistego poranka. Ani żonie. Ani pastorowi. Ani policjantowi, który przyjechał, gdy sąsiad zauważył dwóch braci siedzących na brzegu – nieruchomo przez dwie godziny – z pustymi oczami i mokrymi rękami.
To, co wyciągnęli z sieci, nie było zwierzęciem.
To nawet nie był człowiek.
To było coś, co miało cechy obu – i żadnego z nich. Skóra przezroczysta jak mleczne szkło. Za długie palce. Oczy – duże, ciemne, spokojne – jak oczy kogoś, kto czekał. Kto by pomyślał, że przyjdą.
Thomas dotknął siatki, aby ją uwolnić.
I wtedy przemówiło.
Nie ustami. Nie dźwiękiem. Ale obaj bracia usłyszeli w myślach jedno słowo w tym samym momencie – wyraźne jak dzwon:
“Wreszcie.”
Sieć się rozluźniła. Powierzchnia się zamknęła. Mgła zniknęła.
A na dnie łodzi pozostała tylko jedna rzecz: niewielki kamień, idealnie okrągły, ciepły w dotyku – z wygrawerowanym symbolem, który Paweł odnalazł jedenaście lat później w książce o obrzędach przedsłowiańskich.
Pod symbolem znajdowało się tłumaczenie:
„Byliśmy tu już wcześniej. Wrócimy, kiedy do nas zadzwonisz.”
Paweł zamknął książkę.
I zdał sobie sprawę, że ani on, ani Tomas nie planowali tego dnia wybrać się na ryby.
Coś ich tam przyprowadziło.