Odwróciłem się i zobaczyłem mężczyznę w średnim wieku, który siedział przy stoliku w kącie sklepu — tego samego, przy którym ja sam siedziałem tydzień wcześniej, pisząc jej numer do telefonu.
Patrzył na mnie spokojnie, bez gniewu. Tylko z jakąś dziwną powagą.
— Usiądź — powiedział, nie podnosząc głosu.
Usiadłem. Nie wiem dlaczego. Po prostu usiadłem.
Położył na stoliku zdjęcie. Stare, czarno-białe. Dwóch młodych mężczyzn przed jakimś budynkiem. Jeden z nich był łudząco podobny do mnie. Drugi — do niej.
— Ten po lewej — odezwał się — to twój dziadek. A ten po prawej to mój ojciec. Byli przyjaciółmi. Bardzo bliskimi przyjaciółmi. Zanim wszystko się posypało.
Milczałem.
— Ona nie wie — dodał cicho. — I może lepiej, żeby nie wiedziała. Ale ty powinieneś wiedzieć, zanim zajdziesz za daleko.
Wziął zdjęcie, wstał i wyszedł ze sklepu bez słowa.
Zostałem sam przy stoliku. Ona stała przy ladzie i patrzyła na mnie pytająco, z tym samym uśmiechem co zawsze.
I w tej chwili zrozumiałem, że to, co myślałem, że jest początkiem — może być końcem czegoś, co zaczęło się jeszcze zanim się urodziliśmy.
Zapłaciłem za wodę. Wyszedłem.
Ale jej numer wciąż mam w telefonie. I wciąż nie wiem, czy zadzwonię.